TANI SEX-CLICKBAIT W COUNTRY? NATE TUCKER PRZEGIĄŁ, A BLOOD MOON RECORDS ZNÓW ŁAPIE SIĘ CZEGO POPADNIE
Im dłużej trwa zamieszanie wokół najnowszej akcji artystycznej Nate’a Tuckera, tym więcej osób zaczyna zadawać sobie jedno pytanie, czy to jeszcze muzyka, czy już desperacki marketing na poziomie taniego clickbaitu? Country od zawsze opierało się na emocjach, historiach, autentyczności i prostych środkach wyrazu a nie na podszywaniu się pod platformę dla dorosłych i udawaniu, że artysta zaraz wypuści film dla dorosłych. Tymczasem Tucker postanowił zagrać dokładnie tą kartą, robiąc promocję opartą niemal wyłącznie na seksualnych insynuacjach, prowokacjach i żarcie, który dla wielu fanów zwyczajnie nie pasuje do gatunku. Całe zamieszanie z alter ego Nate Fucker, dwuznacznymi zapowiedziami i klipem balansującym na granicy taniej pikantności wygląda jak zrobienie szumu za wszelką cenę, nawet kosztem własnego wizerunku i spójności artystycznej. Owszem, ludzie kliknęli. Owszem, uwierzyli. Ale czy o to naprawdę chodzi w muzyce country? W tle całej tej historii stoi Blood Moon Records, wytwórnia, która już wcześniej była na ustach wszystkich, i to niekoniecznie z dobrych powodów. To właśnie z nią wiązano głośną sprawę Vienny Bohannon, artystki, która po tragicznym koncercie uległa wypadkowi samochodowemu i zginęła. Sprawa do dziś budzi kontrowersje i pytania o odpowiedzialność ludzi, którzy powinni byli reagować wcześniej.
Dlatego trudno nie odnieść wrażenia, że Blood Moon Records łapie się dziś wszystkiego, co może wygenerować zasięgi. Seks? Jest. Kontrowersja? Jest. Udawanie porno-premiery? Też jest. Byleby się klikało, byleby algorytm ruszył. Plotkarskie źródła twierdzą wręcz, że akcja z Tuckerem wygląda jak kolejna próba przykrycia wizerunkowych problemów wytwórni hałasem medialnym. Bo kiedy nie da się już sprzedawać autentyczności, sprzedaje się szok i tanią prowokację. Ta promocja wygląda jak coś, co bardziej pasowałoby do influencerów niż do sceny muzycznej z kręgosłupem.
Mimo całej tej krytyki i niesmaku, jednego Blood Moon Records odmówić nie można, oni doskonale wiedzą, jak wrócić na języki. O wytwórni znów się mówi, linki krążą, liczby na streamingach się zgadzają, a nazwiska ich artystów zaczynają pojawiać się w miejscach, do których wcześniej nie miały dostępu. Nawet jeśli dzieje się to przez kontrowersję, półprawdy i marketing balansujący na granicy dobrego smaku, uwaga została skutecznie przechwycona. W branży nie jest tajemnicą, że dziś nie liczy się to, dlaczego o tobie mówią, tylko że mówią. Blood Moon Records najwyraźniej gra właśnie tą kartą. Skandal, prowokacja, moralny dyskomfort? Nieważne. Algorytmy nie mają sumienia, a viral nie rozróżnia, czy kliknąłeś z oburzenia, czy z ciekawości. Paradoksalnie, to właśnie dzięki takim ruchom artyści związani z Blood Moon mogą realnie liczyć na to, że wypłyną dalej niż Zachodnie Wybrzeże. Kontrowersja otwiera drzwi tam, gdzie talent sam by ich nie wyważył, przynajmniej na początku. A gdy nazwisko zaczyna krążyć globalnie, reszta przychodzi sama. Czy to droga, którą warto iść? To już zupełnie inna dyskusja.
Blood Moon Records znów są w centrum uwagi, czego pewnie się spodziewali.
Ali Sears
Delete Comment
Are you sure that you want to delete this comment ?
Aeri Hae
Delete Comment
Are you sure that you want to delete this comment ?
Sophia
Delete Comment
Are you sure that you want to delete this comment ?
Fehu Pandora Skarsgard
Delete Comment
Are you sure that you want to delete this comment ?
Angel
Delete Comment
Are you sure that you want to delete this comment ?
Ricky
Delete Comment
Are you sure that you want to delete this comment ?