Solana Woods – UNCENSORED

HoodReview: 84% (Hottttt)

Na to czekali wszyscy, którzy od miesięcy mieli dość rozmydlonego pop-rapu z filtrami. “UNCENSORED” to debiut, który wali z grubej rury i nie przeprasza za nic. Solana Woods wjeżdża z buta – bez cenzury, bez kalkulacji, bez zmiłuj. Jeśli ktoś liczył, że młoda raperka pójdzie na kompromisy, to się srogo przeliczył.

Ten album to mocna, zuchwała deklaracja stylu i tożsamości. Seks, władza, popkultura, beefy – wszystko podane jak na tacy, tylko że z krawędzią. Od pierwszego tracka “FAKE SHIT”, przez soczyste “VOODOO BITCH”, aż po bezlitosny finał “FINAL MASSACRE”, Solana robi tu porządek jakby miała kontrakt na czyjeś głowy.

Na beatach nie ma nudy. Jay Cozart serwuje produkcje tłuste, przesterowane, miejscami klubowe, miejscami surowe jak chamska linijka w twarz. Najlepsze momenty? Dla wielu to “BELLADONNA” z obrazem zrobionym przez kova – teledysk robi wrażenie i świetnie dokręca klimat femme fatale. Ale są też bardziej emocjonalne numery – “WORTHLESS” z Vienną Bohannon daje przestrzeń, żeby złapać oddech. No, może przez minutę.

Co ważne – Solana nie udaje nikogo. Nie próbuje być lepszą wersją kogokolwiek z USA. Jej barsy są autentyczne, a momentami aż brutalnie szczere. Miejscami jedzie po bandzie – czasem za mocno? Możliwe. Ale to właśnie jest urok tej płyty. Ten materiał to brud, gniew, lśnienie i ciśnienie w jednym.

“UNCENSORED” nie jest dla wszystkich. Ale też nie miało być. To album zrobiony dla tych, którzy nie chcą słyszeć grzecznych wersji. Solana mówi, jak jest – i jeszcze długo będzie się odbijać echem na scenie.