Nie wiem, czy istnieje właściwy moment na taki post.
Wciąż mam wyrzuty sumienia, że piszę go dopiero teraz, że nie zrobiłam tego od razu. Każda wcześniejsza próba kończyła się jednak szybką rezygnacją i wewnętrznym cierpieniem. Wspomnieniami, że już nic nie będzie takie samo.
Równo miesiąc temu, 28 listopada, zginął Steven Downs.
Człowiek, który był bardzo ważną częścią mojego życia. Zawsze wspierał mnie, gdy nie miałam już siły. Był obok w najtrudniejszych momentach.
A ja... byłam przy jego śmierci.
Nigdy tego nie zapomnę.
Trudno jest mi zaakceptować taką rzeczywistość. Wciąż nie potrafię, choć staram się powoli odnaleźć w niej na nowo.
Ten miesiąc nauczył mnie, jak kruche jest życie i jak szybko wszystko, co znane, może się rozpaść.
Miniony czas ciszy nie był moją obojętnością.
Był próbą przetrwania i uczenia się życia od nowa w świecie, który nagle stał się zupełnie inny.
Ten post nie jest próbą wyjaśniania czegokolwiek.
Jest pożegnaniem, na które wcześniej nie miałam siły.
Steven — dziękuję za wszystko, co było między nami. Za chwile lepsze i gorsze. Za to, że po prostu byłeś przy mnie.
Spoczywaj w pokoju.


